błyski 01
WEBSITE_TEXT.text.issueButton
Megan Pillow
W nowym świecie
w przekładzie Łukasza Drobnika

Dziesiątego dnia deszczu znaleźliśmy altanę. Porastało ją kudzu, lecz jej dach był nietknięty, słupki mocne. Gina milczała, ale sposób, w jaki kucnęła, z głową w dłoniach, mówił mi, że zatrzymujemy się na noc. Zdjęłam plecak i zaczęłam kopać pod kudzu w poszukiwaniu rozpałki na ognisko.

Dzieci nie narzekały na przerwę. Przez ostatni miesiąc pokonywaliśmy dwanaście mil dziennie, a Del, starszy, był chudy, milczący. Lila i Eckram wciąż mieli trochę energii do zabawy, lecz gdy wrócili z garściami mchu na ognisko, zobaczyłam ich policzki – zapadłe, jakby ssali cytryny – i kazałam im usiąść. Wykopałam dziurę w kudzu, rozpaliłam ognisko na betonie i wydałam racje: jeden plaster beef jerky, jedna cząstka suszonego mango.

Gina nie jadła. Kiedy myślała, że nie patrzę, przedarła swoje porcje na trzy i rozdała dzieciom. Gapiła się w ogień, gmerała przy drewnianych koralach na szyi. Znalazła je sześć miesięcy temu w Traverse City w jakimś przegniłym butiku, który pewnie splądrowano podczas zamieszek. To było, nim znalazłyśmy dzieci, zaraz jak usłyszałyśmy o bezpiecznej strefie po drugiej stronie gór w Utah – gdzie, nikt nie był pewien. Gina wygrzebała te korale, wielkie jak piłki do golfa, ze sterty zżartych przez mole szali i wyszczerzyła zęby.

Nie da się z nimi wędrować, powiedziałam.

Sara, są lekkie, odparła. Schowam je pod bluzkę. Widzisz? Ich zarys falował jak kręgosłup w poprzek jej brzucha. Spała tak co noc, tuląc korale do skóry niczym karmione niemowlę, kryjąc je przed wzrokiem. Poza jednym razem: śniłam, że jestem w domu mojej babci i śpię w jej mosiężnym łożu, a rozłożysty dąb przed domem drapie gałęziami o szybę. Słyszałam obok miękki oddech babci, czułam ręcznie robioną narzutę otuloną wokół szyi i byłam bezpieczna, i było mi ciepło, i wtedy znowu obudziłam się w znajomy chłód, lecz drapanie nie ustało. Otworzyłam oczy. Gina, z głową zwieszoną nad brzuchem w przyćmionym świetle, skrobała coś agrafką na jednym z korali. Jakiś wizerunek, czego – nie mogłam do końca rozpoznać. Nie powiedziałam nic, tylko na powrót zamknęłam oczy. To było na długo, nim zaufała mi na tyle, by pokazać, nad czym pracuje, lecz dzięki tej krótkiej chwili zrozumiałam, po co jej te korale.

– Co to za miejsce? – zapytała Lila. Skubała mango niczym mysz.

– To altana – odparłam.

– Do czego służy? – dopytał Eckram, oblizując palce. Del po prostu na mnie patrzył. Kiedyś byłam księgową, chciałam powiedzieć. Zanim to wszystko się stało, miałam mazdę i córeczkę, którą karmiłam w bujanym fotelu, słuchając NPR. Jednak tak wiele z tych słów – księgowa, mazda, bujany fotel, NPR – brzmiały jak obcy język. Nie znaczyły nic.

– To schronienie – powiedziałam. – Dla wędrowców jak my.

Potem, jak każdej nocy, głaskałam ich po głowach. Mówiłam o miejscu po drugiej stronie gór, gdzie jest jedzenie, prycze, czysta woda. Mówiłam, że wkrótce tam dotrzemy. Wkrótce.

Zerknęłam na Ginę. Spała, z koralami rozciągniętymi w poprzek piersi. Wczoraj w nocy skończyła skrobać na dziesiątym koralu: rozpostarła się flaga. Może z czasów wojny o niepodległość. Wyobraziłam je sobie pewnego dnia w muzeum – historia świata, który obrócił się w popiół, wyskrobana agrafką na sznurze korali. Zastanawiałam się, czy ludzie w nowym świecie będą znali słowo muzeum.

Tekst ukazał się pierwotnie w piśmie Longleaf Review.