Lily nie śpi, ale i tak próbuję wstać z łóżka bezszelestnie. Zasłony są zasunięte i uchylam je ciutkę, wpuszczając do środka cienki promień światła, lecz nie na tyle, by ktokolwiek z zewnątrz nas zobaczył. Promień idzie do łóżka, do leżącego tam ciała, jakby ktoś złotym pędzlem nakreślił linię w poprzek jej brzucha, a pod tym liźnięciem złota jej skóra, och, skóra Lily płonie jak jeden z tych papierowych lampionów, które podpalasz i posyłasz w niebo. Zamykam oczy i znów je otwieram. Jeszcze mi nie zniknęła.
Lily nie śpi, ale trwa bez ruchu, a jej włosy płyną w poprzek poduszki jak strumyk wody. Klękam obok niej. Nabieram je w dłoń, zupełnie jak robili to Steven, Marcus, Ahmed, Dan, nim przykładali usta do jej gardła, gdy leżała tam nieruchomo, zupełnie jak robił to tamten malarz, który rozlał je na powrót w poprzek poduszki i oznajmił, że jest jego muzą i teraz musi zamrzeć.
Lily nie śpi, ale bezustannie jest w moim łóżku, patrząc przeze mnie ku zasłonie, ku dziedzińcowi, ku pokojowi, w którym powinna była spędzić noc, ku ścieżce, prerii, setkom zwierząt, które się budzą, przeciągają, drepczą przez szepczącą trawę. Wypuszczam jej włosy z rąk. Obracam jej twarz ku sobie. Nie patrzy mi w oczy. Bez przerwy wygląda za okno ku słońcu, strumieniowi, drogom, które idą jak strzały w głąb miasta, gdzie jej mąż wciąż pewnie śpi w ich łóżku. Przebiegam ręką od jej policzka do ramienia, krągłości piersi, wypukłości biodra, szczytu uda, gdzie włosy migoczą w złotym świetle, gdzie włosy miękkością przypominają puch królików, które skradają się ku nam przez gąszcz. Wiem, że to udo uchylało drzwi w setkach starych domów, przywierało do łydki, gdy kucała, by zrobić kolejne zdjęcie struktury cienia i światła. Wiem, że to udo napina się, gdy ona biegnie nocą przez miasto, a jedynym, co słyszy, jest dźwięk własnego oddechu w uszach i nikły wrzask syren. Wiem, że każdy mężczyzna, który wtacza się do jej łóżka, zakłada to udo wokół siebie tak samo, jak składa prześcieradło, by zaraz je rzucić w kąt szafy. Wiem, że tamten malarz układa jej uda w świetle tak samo, jak składa skrzydła papierowego żurawia, a potem śledzi oczami i pędzlem wzdłuż każdej zamarłej krągłości.
Lily nie śpi, ale bezustannie jest w moim łóżku i trwa nieruchomo, jak zawsze to robi przy mężczyznach. Chcę do niej szepnąć, że tu, w tym łóżku jesteśmy kobietami, że jesteśmy tylko my dwie na całym świecie.
Taką mnie lubią, mówi.
Taką ja cię lubię, odpowiadam i rozchylam jej nogi, i wkładam w nią język, i po raz pierwszy – ona żyje. Lily w świetle podskakuje jak strumyk wody na gorącej patelni, jak królik mknący przez gąszcz, jak puls w jej udzie, który tętni na moim policzku, gdy zakłada wokół mnie nogi. Kładę jedną rękę pod nią, a drugą na delikatnej wypukłości brzucha, na skórze, która jarzy się w świetle promienia, i w tym świetle się poruszamy, w tym świetle jesteśmy zaślubione, w tym świetle tworzymy sztukę lepszą niż jakiegokolwiek mężczyzny, i nie mówię jej, nigdy jej nie powiem, ale w tym świetle czuję też ukłucie żałoby, bo wiem, że podobnie jak to światło, ta sztuka przeminie.
Tekst ukazał się pierwotnie w piśmie X-R-A-Y Literary Magazine.